środa, 2 lutego 2011

dzień pierwszy

. W końcu trochę odespałam. Zbudziły mnie południowe promienie słońca  wlatujące przez małe okienko do mojego pokoju około godziny 11. Niespiesznie odbyłam poranną toaletę i wyszłam na przeciw przygodzie, z zamiarem zakupienia prowiantu śniadaniowego. Stało się jednak nieco inaczej. Prowiant był jednak tylko dodatkiem do całkiem dużej wyprawy jaką  okazało się wyjście. Zgubiłam się totalnie, po drugim zakręcie i za nic nie mogłam odnaleźć drogi powrotnej. W końcu zrobiłam się tak głodna, że musiałam zapełnić żołądek produktami z jedynej otwartej cukierni, za to niebylejakiej bo dominikańskiej. Dopchałam się kolejną bagietką i zrozumiałam, ze muszę na poważnie zacząć szukać drogi powrotnej by wrócić w porze obiadu.
W końcu udało się!
Niedziela upłynęła mi na kończeniu planszy z zegarkiem, nie wiem, chyba nie warto jej tu pokazywać..
 Za to publikuje zdjęcia z mojej dzisiejszej wyprawy rowerowej, podczas której wpadłam na paru serdecznych  ziomali, z podejrzanej dzielni, którzy pozując wykazywali niesamowicie dużo entuzjazmu.





2 komentarze:

  1. właśnie siedze z Jarkiem na kawie. i On mówi.

    "no jestem Jej fanem, ale to narazie taka platoniczna miłość. ale przede wszystkim ona jest bardzo ładna"

    OdpowiedzUsuń
  2. To naprawdę bardzo miłe! Warto żyć dla takich momentów.

    OdpowiedzUsuń