czwartek, 3 lutego 2011

WALENCJA

Pozwolę sobie zacytować moje ulubione fragmenty cudzych blogów


"Walencja to duże miasto (trzecie co do wielkości w Hiszpanii, po Madrycie i Barcelonie), liczące ponad 800 tyś. mieszkańców. Jest stolicą Comunidad Valenciana, jednej z siedemnastu wspólnot autonomicznych. Znajduje się na wybrzeżu wschodnim kraju, w regionie zwanym Costa Blanca.
Od wielu lat jest miejscem odwiedzin przez licznych turystów, którzy w Walencji znajdą wszystko, czego szuka się w pięknej Hiszpanii: idealną pogodę, śliczne plaże, doskonałą kuchnię regionalną i śródziemnomorską, urocze stare miasto, oryginalne budynki słynnego walenckiego architekta Calatravy, ostatnio też zawody Formuły 1 i Copa America, a przede wszystkim niezliczone święta, fiesty, zabawy, w tym szeroko znane święto Fallas, które w marcu co roku przyciąga wielotysięczne tłumy ciekawskich i turystów.

Walencja to piękne, zadbane miasto, które warto zobaczyć o każdej porze roku. Tutaj temperatura nigdy nie spada poniżej zera, w czasie zimy w Europie tutaj tylko pada deszcz, przez ponad 10 miesięcy w roku świeci słońce."

"Otoczone przez sady pomarańczowe i pola ryżowe miasto tętni śródziemnomorskim duchem mimo bardzo nowoczesnego charakteru centrum miasta. Walencja promienieje nawet w środku zimy, szczególnie, że temperatura nie spada tu poniżej 15 stopni C. Naturalnie dla Hiszpanów jest to już temperatura godna puchowej kurtki, ja pozwoliłam sobie na ekstrawagancję w postaci jesiennego płaszcza(...)
Miasto posiada rozbudowaną sieć komunikacji miejskiej, w tym metra, ale bilety są drogie (nie ma zniżek studenckich), a odległości tak niewielkie, że szkoda rezygnować ze spacerów. (...)
Walencja to miasto niebywale zielone.
Przez całe miasto biegnie szeroki pas ogrodów i boisk sportowych, ponad którymi mostami mkną samochody. W latach 50. lokalne władze postanowiły zmienić bieg rzeki Turii, która nawiedzała miasto częstymi podwodziami, a z jej koryta uczyniono zielone płuco. Dla miłośników natury atrakcją będą również XVIII-wieczne parki Jardines de la Alameda i Jardines de Monforte oraz XVI-wieczny ogród botaniczny, Jardín Botánico."



fragmenty pochodzą ze stron: 


Innym razem o kielichu z którego pil sam Jezus, a który tutaj własnie można znaleźć.. 
Ja ze swojej strony zgadzam się póki co ze wszystkim! To miejsce ma naprawdę dobra energię!

środa, 2 lutego 2011

dzień pierwszy

. W końcu trochę odespałam. Zbudziły mnie południowe promienie słońca  wlatujące przez małe okienko do mojego pokoju około godziny 11. Niespiesznie odbyłam poranną toaletę i wyszłam na przeciw przygodzie, z zamiarem zakupienia prowiantu śniadaniowego. Stało się jednak nieco inaczej. Prowiant był jednak tylko dodatkiem do całkiem dużej wyprawy jaką  okazało się wyjście. Zgubiłam się totalnie, po drugim zakręcie i za nic nie mogłam odnaleźć drogi powrotnej. W końcu zrobiłam się tak głodna, że musiałam zapełnić żołądek produktami z jedynej otwartej cukierni, za to niebylejakiej bo dominikańskiej. Dopchałam się kolejną bagietką i zrozumiałam, ze muszę na poważnie zacząć szukać drogi powrotnej by wrócić w porze obiadu.
W końcu udało się!
Niedziela upłynęła mi na kończeniu planszy z zegarkiem, nie wiem, chyba nie warto jej tu pokazywać..
 Za to publikuje zdjęcia z mojej dzisiejszej wyprawy rowerowej, podczas której wpadłam na paru serdecznych  ziomali, z podejrzanej dzielni, którzy pozując wykazywali niesamowicie dużo entuzjazmu.





Jeszcze tego samego dnia

Pozwolę sobie zmieścić link do zdjęć z Walencji bo póki co nie udało mi się zrobić takich ładnych
http://sipiera.blogspot.com/2010/04/walencja-miasto-pachnace-pomarancza.html



Gdy teraz o tym pomyślę, sama nie mogę wyjść z podziwu dla swojej krzepy. Po wszystkich przygodach  wynikających ze znalezienia właściwej ulicy postanowiłam zasmakować jeszcze tego samego dnia odrobinę uciech towarzyskich. Cała historię dotyczącą odnalezienia mieszkania pominę, wspomnę tylko, że gdy po tysięcznym obejściu całej okolicy w końcu natrafiłam na odpowiednią nie zostałam wpuszczona. Musiałam najeść się trochę strachu ale też innych rzeczy, np. orzechów w czekoladzie, bagietki i tortilli a miałam na to jakieś 2,5 godziny. Gdy w końcu się dostałam do środka nabrałam trochę sił podczas wieczornej drzemki. Następnie umówiłam się na kręgle, gdzie resztki energii spożytkowałam na rzucanie 11kg kulą.
Było miło, poznałam paru erasmusów z Polski, głownie z Krakowa.. ale nie tylko.
Wypiłam piwo, wylałam piwo i wróciłam do domu.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

podróży ciąg dalsza

Przede wszystkim muszę jak najszybciej nadrobić wszelkie zaległości.. Spisać  swoim nędznym stylem wszystkie opowiastki, które nagromadzają się w zabójczym tempie i niemal nie jestem w stanie spamiętać wszystkich niuansów, a chciałabym podzielić się każdym albo chociaż prawie każdym. Póki jeszcze emocje świeże.
Bo te z drugiego dnia zdążyły już nieco przyćmić te z pierwszego, nie mówiąc już o tych najnowszych, z dnia dzisiejszego, które przyćmiły te z dnia wczorajszego. Ale i tak muszę się jeszcze wrócić do podróży, która zaczęła się oczywiście przeprawą przez cała Polskę, z Gdańska do Krakowa ale o tym już wspominałam.
zacznę od momentu w którym urodził się pomysł zjedzenia ostatniego obwarzanka krakowskiego na obcej ziemi. W tym celu zakupiłam takowego, jeszcze na lotnisku. I co?
Oczywiście nie wiem jakby smakował na obczyźnie.. bo niestety nie dotrwał.
Lot był przyjemny, minął szybko, w większości przespałam go z książka leżącą na kolanach.
Schody zaczęły się dopiero po wyjściu z samolotu. Na początku trochę się pokręciłam, ciągnąc za sobą walizkę, zwiedziłam lotnisko, zaczepiałam obcych ludzi pytając o to jak dostać się do vlnc, zapytywałam o to samo także obsługę lotniska, taksówkarzy, poszukiwałam informacji na przystankach autobusowych. Działania te doprowadziły mnie do punktu w ktorym musiałam zdecydować czy szarpnąć się na taksówkę do centrum Alicante a stamtąd niewiedomoco, ale to raczejbezesensu, albo cierpliwie poczekać 7 godzin na pierwszy poranny autobus i zarwać kolejna już w tym miesiącu noc. Przyzwyczajona do bezsenności zdecydowałam się na tą drugą opcje. Okazało się, ze na tym samym lotnisku jeszcze jedna osoba miała podobne dylematy. A więc było nas już dwóch.
Chłopiec z krakowskiej politechniki był w tym samym położeniu. Zdecydowaliśmy się spędzić tą jedną noc razem. Po obejrzeniu na moim komputerze filmu 127 godzin, wypiciu po małym ale za to bardzo drogim san miguel, chłopiec zrzucił na mnie odpowiedzialność pilnowania naszych waliz a sam oddał się marzeniom sennym, rozkładając się wzdłuż twardej, lotniskowej ławki.
Obudziwszy się zastał mnie chrapiącą ze stróżką ściekającej śliny z półotwartej buzi (no dobra kłamie, chciałam dodać trochę dramaturgii,m chociaż kto wie jak to naprawdę wyglądało..?) Wiedział komu powierzyć manatki!
(...)

Doczekaliśmy własciwej godziny i trafiliśmy na łasciwy autobus, który miał zabrać nas do Alicante. Niesłusznie założyliśmy a własciwie to uznaliśmy za oczywiste, ze własciwy przystanek będzie ostatnim z kolei.  W rzeczywistości sprawa okazała się dużo bardziej skomplikowana. Po opuszczeniu tego środka transportu musieliśmy jeszcze kilkakrotnie przemierzyć tą samą trase w ta i z powrotem, nie wiedząc która jest własciwa i uzyskując od napotkanych ludzi sprzeczne informacje. Przyjemnie było spacerować w świetle wschodzącego słońca tuż przy linii brzegowej morza śródziemnego ale wolałabym odlożyć to na chwilę gdy będę odrobinę bardziej wyspana i odrobine bardziej czysta i z odrobinę mniejszą walizeczką.
 Na koniec wszystko poskładało się jakoś do kupy ale  było to zanim dwojka młodych ludzi kazaLY nam iść z buta (z walizami) 10km. Rozsądek na szczęscie kazął nam odrzucić ten pomysł i pomógł dostać się wreszcie na dworzec autobusowy, pociągowy a potem znowu autobusowy.. kupić za ciężkie pieniądze bilet (transport jest naprawdę strasznie drogi!) i po 2,5 godzinie w koncu dostac się do centrum Valencji.
Gdzie rozdzieliliśmy się z nowym koleżką, nie pamiętając jakie nosił imię, czym uniemożliwiłam sobie dodanie owego do grona znajomych na fb oraz ponowne spotkanie (chyba że przypadkowe, co biorąc pod uwagę rozmiar kampusu zdaje się graniczyć z cudem).



niedziela, 30 stycznia 2011

Przed wyjazdem

Na początek chciałabym pocałować w dupę profesorski duet, który trafnie określa nadany im pseudonim, będący synonimem słowa kutasy/ chuje/ penisy. Tylko, że odpowiednio małe. WACKI.
 I zastanawiam się  na co te eufemizmy?

Po  największym w życiu publicznym upokorzeniu, zmieszaniu mnie z fekaliami i ostatecznym odreagowaniu na mojej osobie wszystkich frustracji, pozbywając mnie resztek wiary we własne siły i przekonując za wszelką cenę o mojej niskiej wartości, z łaską puścili, drwiąc jeszcze i wątpiąc w moje przyszłe sukcesy.
I ja żałuje, ze się im nie udało w życiu, że tak beznadziejnie wykonują swoją prace i tak mało osiągnęli w pracy zawodowej pomimo tego geniuszu, którym tak epatują.
Zegnajcie!
mogłabym tak jeszcze bardzo długo, nie szczędząc sobie obraźliwego tonu. Mogłabym tak bez końca.. Ale po co tracić cenny czas na obrażanie kogoś, kto ma braki w tak podstawowej sprawie jak higiena osobista. Od tego należałoby zacząć. Od umycia włosów - szamponem!
Nie będę też już wracała do 2, 3 tygodni nieprzespanych nocy,  ryby po grecku i drinków energetyzujących z kawą oraz obrzydliwego stresu, który silnie dał się we znaki, nadszarpując mój wizerunek.
Utrudniły mi ( te penisy) wszystko co się dało utrudnić, tylko dlatego, że zrobiłam coś nie po ich myśli.
Wyjazd opóźnił się o tydzień, przegapiłam pierwsze spotkanie i straciłam dużo pieniędzy.
Niesmak na długo pozostanie.


W końcu jednak  doczekałam się zaliczenia dosłownie na ostatnią chwilę. W pospiechu wrzuciłam jakieś rzeczy do dwóch wielkich waliz i z pomocą Pawła, który okazał się naprawdę bardzo kochany, przetransportowałam je do domu. Oficjalnie przyznaję, że sama po prostu nie dałabym rady.
Ze świadomością, ze muszę zmieścić się w 35 kg (sądziłam, ze 15kg przewiduje cena biletu podstawowego i 20kg które dokupiłam dodatkowo) zaczęłam wyrzucać mniej potrzebne rzeczy. Bardzo trudno było ocenić czy ważniejszy jest pistolet z klejem na ciepło czy kolejne pary skarpetek i majtek. Kolejna bezsenna noc a waga nie chciała drgnąć nawet jak w walizce pozostały już tylko najpotrzebniejsze z najpotrzebniejszych rzeczy. (Natalko dziękuję za  kanapeczki nad ranem i rano)
Najgorsze jednak było to, ze gdy w końcu z wielkim mozołem, przedzierając się przez wąskie korytarze TLK  i wspinając po nieruchomych schodach Dworca Warszawy zachodniej dodźwigałam te wielkie toboły do mieszkania Olgi okazało się, ze muszę zredukować bagaż do 20 kg.
Porzuciłam jeszcze więcej potrzebnych rzeczy, zagracając ten piękny apartament. Zostały mi już tylko majtki i skarpetki... no i kilka par butów.
Pożegnalny, przepyszny żółty obiad, lampka czerwonego wina, zielony fix z Chyrą, zgubienie nieswojego (ale kolejnego już w tym  miesiącu) pendriva i pospieszna podróż na lotnisko w Balicach.
Ostatni obwarzanek. Za szybko, za krótko.

środa, 2 grudnia 2009

NUTELLA

Skoro i tak już nic nie zdążyłam zrobić to mogę chociaż trochę zwolnić...
Napisać tu 2 słowa.
Niezbyt korzystnie dla mnie drukarnie zamykają o 17. Przynajmniej tą jedną.